Temat drażliwy. Już oficjalna nazwa kraju budzi u nas oczywiste skojarzenia: Demokratyczno-Socjalistyczna Republika Sri Lanki, a jedną z pierwszych informacji, podawaną na lotnisku imienia Sirimavo Bandaranaike (pierwszej na świecie kobiety premiera, wybranej w 1960 r. po zamordowaniu jej męża, premiera Cejlonu), jest ostrzeżenie, że za handel narkotykami grozi kara śmierci.
Kraj rządzony jest (2007/2008) przez wstrząsaną nieustannymi kryzysami koalicję kilku partii pod wodzą prezydenta Mahinda Rajapaksy, który do udziału w rządzie zaprzągł także swoich trzech braci, w tym na stanowisku sekretarza obrony obywatela amerykańskiego. Mimo to pozostawiona jeszcze przez Brytyjczyków struktura zachodniej demokracji mimo upływu 60 lat od uzyskania niepodległości gwarantuje w miarę swobodne wyrażanie podglądów, ale trwająca wojna z Tamilskimi Tygrysami (LTTE), socjalistyczna tradycja z lat potężnych wpływów radzieckich na wyspie (ich symbolem jest model samolotu TU144 ustawiony na lotnisko jako pomnik wejścia kraju w XXI wiek), a przede wszystkim autokratyczne zapędy wszystkich polityków sprawiają, że jest to bardziej demokratura, znana nam bliżej z Rosji Putina, niż klasyczna demokracja.
Lankańczycy z goryczą zauważają, że mają największy rząd na świecie, liczący ponad stu ministrów i wiceministrów w resortach tworzonych po to, by prezydent mógł sobie zapewnić większość w parlamencie. Jest więc resort spraw konstytucyjnych, dzierżony przez komunistę, jest ministerstwo wydobywania z nędzy, są ministerstwa od spraw religijnych, rozwoju turystyki i dziesiątki innych, każde z budynkiem, samochodami służbowymi i posadami dla posła i jego rodziny, byle tylko wspierał partię prezydenta. Kosztuje to bajońskie sumy, a jeszcze większe wydawane są na ochronę oficjeli, z prezydentem na czele. Kilku jego wysoko postawionych gości mówiło mi z najwyższym zdumieniem i odrazą o osobistej rewizji, jakiej ich poddano przed dopuszczeniem do Mahinda Rajapaksy, urzędującego w Temple Tree - Pałacu Prezydenckim położonym naprzeciw ambasady brytyjskiej przy Galle Road, głównej ulicy Kolombo nad brzegiem oceanu.
Dom Mahinda Rajapaksy, gdzie oficjalnie mieszka, położony jest w dzielnicy Fort i zbliżenie się do niego jest wykluczone. Chodnikiem po przeciwnej stronie zamkniętej dla ruchu ulicy chodzą tylko wylegitymowani przez policję obywatele, a i tak idą w odrutowanej klatce, jak lwy na cyrkową arenę. Kiedy prezydent przemieszcza się między pałacami policja sprawia, że ruch w całej dzielnicy zamiera, wyjazdy z ulic bocznych na kilka możliwych dróg przejazdu blokowane są żółtymi stalowymi barierami na kółkach, a przechodnie muszą schronić się za płotami posesji albo przejść kilkadziesiąt metrów w głąb bocznych uliczek. W prezydenckiej kolumnie naliczyłem dziesięć samochodów czternaście motocykli.
Robi to wszystko wrażenie odstręczające, kosztuje krocie, ale też trzeba pamiętać o tutejszych politykach, mordowanych w samobójczych zamachach na ich życie (Solomon Bandaranaike w 1959, Ranasinghe Premadasa w 1993). Paranoiczny lęk o własne bezpieczeństwo obejmuje także ministrów, ich żony i dzieci, wożonych w opancerzonych samochodach z ochroną, celującą w przechodniów karabinami z palcem położonym na cynglu. Na ulicach, po których może jechać ktoś ważny, tkwią w tropikalnym upale setki żołnierzy w mundurach czy panterkach, z długą bronią gotową do strzału.
Ponieważ mieszkałem w hotelu położonym w dzielnicy rządowej, i codziennie szedłem ulicą obstawianą przez nich, miałem dylemat: obchodzić ich z przodu czy z tyłu? Na szczęście uśmiechali się przyjaźnie, bo na Sri Lance uśmiech traktowany jest jak powitanie, a ja, odpowiadając im tym samym, zastanawiałem się: czy tutejszy pluton egzekucyjny też uśmiecha się przed wykonaniem rozkazu? Uspokajam: pytanie jest jednak teoretyczne, kary śmierci nie wykonuje się od lat, także tej za handel narkotykami, co nie oznacza, że ich posiadanie uchodzi na sucho, choć można je kupić bez większych trudności na przykład od beach-boysów.
do góry