
Z tym wylotem wÅ‚aÅ›nie dziÅ›, 13 grudnia to byÅ‚ i zamiar (data z 1981 roku, którÄ… zawsze bÄ™dÄ™ pamiÄ™taÅ‚) i przypadek: Austrian Airlines latajÄ… do Wiednia tylko w czwartek wÅ‚aÅ›nie. Jest dziewiÄ…ta rano, piszÄ™ w restauracji dla personelu lotniska. Nie wiem, jak bÄ™dzie dalej, ale już to, co przeżyÅ‚em od rana caÅ‚kiem mi wystarczy jako symboliczne pożegnanie ze Sri LankÄ….
Wczoraj miaÅ‚o wyglÄ…dać to tak: kierowca, który zabiera z hotelu Palm Garden ostatniÄ… dwójkÄ™ turystów z Polski wstÄ…pi po mnie w Mount Lavinia, gdzieÅ› miÄ™dzy piÄ…tÄ…, a piÄ…tÄ… piÄ™tnaÅ›cie. Do gÅ‚ównej Galle Road dostanÄ™ siÄ™ tuk-tukiem, który zamówiÅ‚em na 4:45. Budzik w telefonie ustawiony na 4:15.
O wpóÅ‚ do trzeciej zadzwoniÅ‚a Madhu, że kierowca przyjechaÅ‚ do hotelu wczeÅ›niej, turyÅ›ci sÄ… już gotowi, wiÄ™c mam być za trzy kwadranse pod „No Limits" na Galle Road. Wyrwany z poimprezowego, ciężkiego snu powiedziaÅ‚em, że oczywiÅ›cie, ale gdy po chwili doszedÅ‚em do siebie, a telefon kierowcy nie odpowiadaÅ‚, zrewanżowaÅ‚em siÄ™ jej informacjÄ…, że nie zdążę. - To powiem mu, żeby nie czekaÅ‚ - westchnęła Madhu, a ja zapadÅ‚em w póÅ‚godzinny sen, który przedÅ‚użyÅ‚em sobie jeszcze do piÄ…tej. Nikt nie dzwoniÅ‚ do bramy, wiÄ™c tak jak przypuszczaÅ‚em tuk-tuk siÄ™ nie zjawiÅ‚. O wpóÅ‚ do szóstej z domu naprzeciw ruszaÅ‚ codziennie autobus do Kolombo, wiÄ™c celowaÅ‚em, żeby nim dostać siÄ™ do Petty, a stamtÄ…d kolejnym autobusem albo tuk-tukiem na lotnisko.
WytaszczyÅ‚em przed dom walizÄ™ i torbÄ™ (ta druga udawaÅ‚a bagaż podrÄ™czny), sprawdziÅ‚em że autobus jeszcze stoi za sÄ…siednim pÅ‚otem, gdy w nastÄ™pnej bramie pojawiÅ‚ siÄ™ ćmiÄ…cy papierosa starszy pan. - DokÄ…d? - spytaÅ‚ patrzÄ…c wymownie na moje bagaże. - Na lotnisko - odpowiedziaÅ‚em z westchnieniem. - To za pięć minut bÄ™dziemy tam jechać. - Katunayake? - nie wierzyÅ‚em swojemu szczęściu. - Tak, Katunayke - potwierdziÅ‚, a busik wÅ‚aÅ›nie podjechaÅ‚. ZapalajÄ…c kolejnego papierosa usiadÅ‚ przy kierowcy, ja z bagażem usadowiÅ‚em siÄ™ na pierwszym siedzeniu za nim, a za mnÄ… wyjeżdżajÄ…ca do pracy do Kuwejtu jego żona, pewnie jej siostra, i jeszcze ze trzech chÅ‚opaków. Tu wyjazd na lotnisko to caÅ‚a rodzinna przygoda - pomyÅ›laÅ‚em, nie przypuszczajÄ…c nawet jaka.
RuszyliÅ›my przez ciemne jeszcze Kolombo, zjeżdżajÄ…c w Mount Lavinia z Galle Road. - Chce uniknąć kontroli - pomyÅ›laÅ‚em. Po kwadransie skrÄ™ciliÅ›my w bocznÄ… uliczkÄ™ przy buddyjskiej Å›wiÄ…tyni, nadajÄ…cej z potężnego gÅ‚oÅ›nika poranne Å›piewy mnichów. Po kilku sygnaÅ‚ach z bramy wyÅ‚oniÅ‚a siÄ™ kobieta z niemowlakiem na rÄ™ku, a za niÄ…, poganiany klaksonem, wsiadÅ‚ z butami w rÄ™ku mÅ‚ody czÅ‚owiek. - To mój syn - przedstawiÅ‚ go z dumÄ… sÄ…siad.
Drzemałem, gdy przebijaliśmy się przez całe, budzące się do kolejnego dnia Kolombo. Ludzie szli do pracy, ubrani w starannie odprasowane koszule,
kobiety w zwiewne sari. Kiszki skrÄ™caÅ‚y mi siÄ™ z gÅ‚odu, bo wczorajsze, pożegnalne party oparte byÅ‚o na diecie owocowej: mango i ananas posypane suszonymi żurawinami, przywiezionymi z Polski we wrzeÅ›niu. Na szczęście na dziesięć minut przez lotniskiem busik zjechaÅ‚ na parking przed lokalnÄ… restauracjÄ…, w której wielokrotnie jadÅ‚em w podobnych okolicznoÅ›ciach, i odprowadzajÄ…ca ósemka rozsiadÅ‚a siÄ™ do Å›niadania, zÅ‚ożonego z ryżowego makaronu, curry i sÅ‚odkiej, zaprawionej mlekiem herbaty. Ja wchÅ‚onÄ…Å‚em trzy kanapki i popiÅ‚em dwiema Nescafe. ByÅ‚ dobry moment, by spytać sÄ…siada, komu mam zapÅ‚acić za transport. MachnÄ…Å‚ leceważąco rÄ™kÄ…, wiÄ™c pokazaÅ‚em, że stawiam to Å›niadanie. WyszÅ‚o 1021 rupii, łącznie ze mnÄ…, czyli po dolarze na osobÄ™. Za tuk-tuk albo taksówkÄ™ na lotnisko zapÅ‚aciÅ‚bym prawie dwa razy tyle.
O siódmej dwadzieÅ›cia byliÅ›my już przy skrÄ™cie z gÅ‚ównej drogi na lotnisko i ... pojechaliÅ›my dalej. - Pięć minut - powiedziaÅ‚ z przepraszajÄ…cym uÅ›miechem sÄ…siad. - O której ten lot do Dubaju? - spytaÅ‚em na wszelki wypadek jego żony, Å›ciskajÄ…cej w rÄ™ku plastikowÄ… teczkÄ™ z dokumentami. - Dahai - odpowiedziaÅ‚a, o dziesiÄ…tej. UspokoiÅ‚em siÄ™: mój lot jest o jedenastej, jak ona zdąży, to ja też.
Po dziesiÄ™ciu minutach jazdy, już w Negombo, do busika wsiadÅ‚a kolejna kobieta z nastolatkiem. Teraz odprowadzajÄ…cych byÅ‚o już dziesiÄ™cioro. SkrÄ™ciliÅ›my w prawo, w kierunku za lotnisko i pruliÅ›my dalej przed siebie. - Pewnie chcÄ… objechać posterunki, zajedziemy pod terminal od drugiej strony - wytÅ‚umaczyÅ‚em to sobie, ale mój niepokój narastaÅ‚. Od oÅ›miu miesiÄ™cy miaÅ‚em zakodowane, że na lotnisku trzeba być na trzy godziny przed odlotem, a ósma zbliżaÅ‚a siÄ™ coraz bardziej.
Gdy busik wjeżdżaÅ‚ w coraz to węższe uliczki, aż wreszcie z trudem utrafiÅ‚ w polnÄ… drogÄ™ zorientowaÅ‚em siÄ™, że to nie jest objazd. - Musimy jeszcze pożegnać siÄ™ z mamÄ… - wyjaÅ›niÅ‚ z przepraszajÄ…cym uÅ›miechem sÄ…siad. Przed maleÅ„kim domkiem na skraju dżungli z busika wysypaÅ‚o siÄ™ caÅ‚e towarzystwo. - Dziesięć minut, nie dÅ‚użej - zapewniali. Co miaÅ‚em robić? PoddaÅ‚em siÄ™ woli Buddy, porobiÅ‚em zdjÄ™cia domku i caÅ‚ej rodziny, która po kwadransie zapeÅ‚niÅ‚a busik. Poza mnÄ… nikt siÄ™ nie denerwowaÅ‚, wszyscy byli w doskonaÅ‚ych humorach.
Do punktów kontrolnych przed lotniskiem dojechaliÅ›my kwadrans po ósmej. Uprzejmy, ale stanowczy żoÅ‚nierz wygarnÄ…Å‚ z busa piÄ™ciu mÅ‚odych mężczyzn, pozostaÅ‚y trzy kobiety z oÅ›miomiesiÄ™cznym bobasem na rÄ™ku i dumny dziadek. - LTTE problem - przeprosiÅ‚ ojciec malucha. UÅ›ciskali trzy kobiety i poszli na ogrodzone pÅ‚otem Å‚awki po drugiej stronie drogi, gdzie zawsze widziaÅ‚em grupki czekajÄ…cych na coÅ› ludzi. Teraz już wiedziaÅ‚em skÄ…d siÄ™ tu brali.
Jeszcze jedna kontrola dokumentów (ja nic nie pokazujÄ™, biaÅ‚a twarz wystarczy) i zajechaliÅ›my wreszcie pod terminal. ByÅ‚a wpóÅ‚ do dziewiÄ…tej. Dziadek z maluchem i tak nie wszedÅ‚ do Å›rodka, bo bilet lotniczy sprawdzany jest przy wejÅ›ciu. SpojrzaÅ‚em na tablicÄ™ informacyjnÄ… i odetchnÄ…Å‚em z ulgÄ…: Wiednia jeszcze w ogóle na niej nie byÅ‚o, odprawa zaczęła siÄ™ o dziewiÄ…tej i trwaÅ‚a do dziesiÄ…tej, na godzinÄ™ przed odlotem. PoszedÅ‚em na górÄ™ przedstawiÅ‚em moje boje z Pacific Travel i czekaÅ‚em na rezultat.
Do odlotu był żaden: z Wiednia do Warszawy nadal byłem na liście oczekujących na lot dzisiejszy, na pewno miałem rezerwację na jutro. Dalej miałem walczyć w Wiedniu. Zyskałem tyle, że dowody oszustwa Pacific Travel zostały skopiowane i mieli interweniować w tej sprawie.
Dopisane w Warszawie: w Wiedniu zÅ‚apaÅ‚em jednak samolot na OkÄ™cie, tyle że bagaż miaÅ‚ być nastÄ™pnego dnia. Jest zimno i ciekawie. NaprawdÄ™ nie wiem, co dalej, ale bardzo siÄ™ cieszÄ™, że wróciÅ‚em. A bagaż dostarczyli.
do góry
