Znów się zakotłowało, i to nie tylko w moim życiu, ale i w tutejszej polityce.
W środę powiedziałem w pracy o mojej decyzji wyjazdowej. To znaczy, nie do końca tak: zanim jeszcze zdołałem to wydukać, dowiedziałem się, że chcą mi podwyższyć pensję, że mam mieć rosyjskich wycieczek skolko ugodno i że polskich turystów w grudniu będzie co kot napłakał, co tłumaczyło dwie poprzednie informacje. Wtedy wystartowałem ze swoją: że w Mount Lavinia mieszkać nie jestem w stanie, bo była kradzież w ogrodzie, że na wynajem mieszkania gdzie indziej mnie nie stać, więc jeśli nie dostanę od nich hotelu, to koniec mojej pracy tutaj. W pierwszej chwili usłyszałem, że to żaden problem, przyjedzie na moje miejsce ktoś z Polski, ale po jakimś czasie Mohan powiedział, że być może hotel jednak się znajdzie, i to w ciekawym miejscu, w Beruweli, Club Palm Garden. Rozstaliśmy się z ustaleniem, że ma tydzień na załatwienie sprawy i wyjechałem na objazdówkę po wyspie.
Jeśli hotel rzeczywiście będzie, to chcę jednak polecieć do Polski na święta (bilet mam już kupiony na 13 grudnia, z jednym tylko lądowaniem w Wiedniu, rewelacja) i wrócić tu ewentualnie po nich, jeśli będzie do czego. No właśnie - i tu się pojawia polityka: jednego dnia, właśnie w środę 28 listopada, miały tu miejsce dwa zamachy bombowe, pierwsze od kwietnia tego roku. Poranny w ministerstwie pracy, gdzie celem samobójczyni z LTTE był Douglas Devananda, szef resortu, Tamil na którego Tygrysy polują od dekady i popołudniowy w Nugegoda, dzielnicy Kolombo, gdzie bomba ukryta w tuk-tuku odpalona na zatłoczonej ulicy zabiła co najmniej 19 osób, w tym dzieci szkolne. Masakra podobna do tej z kwietnia w Ratmalana, wtedy z trzydziestoma przypadkowymi ofiarami.
To, że zamachy będą, wisiało w powietrzu: miesiąc temu, wkrótce po spaleniu 16 samolotów w bazie lotniczej Anuradhapura przez komando Tmiliskich
Tygrysów rządowe lotnictwo zabiło Thamilselvana, negocjatora pokojowego LTTE; w zeszłym tygodniu, w dniu dorocznego przemówienia przywódcy Tygrysów, Parabkharana zbombardowane zostały nadajniki radiowo-telewizyjne w Killinocchi; kilka dni temu w autobusie linii 154, jadącej zresztą przez Mount Lavinia, znaleziono kamizelkę samobójczą. Zagrożenie czuło się niemal fizycznie, więc się nie zdziwiłem, gdy wczoraj przyszedł SMS: „Ministerstwo Rozwoju Miast wzywa ludność do nie ulegania panice z powodu plotki o zatruciu wody".
W feralną środę jeździłem po Kolombo z małżeństwem farmaceutów z Łodzi. Po porannym wybuchu w ministerstwie pracy posterunki były jeszcze gęstsze niż zazwyczaj, ale i tak do drugiego ataku doszło. Na szczęście w czwartek wyjechałem z grupą siedmiu osób na objazdówkę, daleko od spanikowanej stolicy. Oglądałem wczorajszy dziennik rządowej telewizji, ale nie było w nim ani słowa o obu zamachach. W Daily Mirror czołówka o pierwszym, dziś pewnie będzie opis drugiego.
I do tego wczorajszy telefon pani z Ecco, która zapowiedziała, że od 19 grudnia do Palm Garden przyjeżdża ich rezydent, pan Michał, bo Sri Lanka sprzedaje się świetnie, od stycznia będą co tydzień grupy po 50 osób. Oby, ale myślę, że wątpię.
do góry