Niedziela, 4 listopada 2007

Pisałem za rzadko, ale jednak...



Mount Lavinia

Od trzech dni mieszkam już w Mount Lavinia, na Wedikanda Rd. Bałem się okropnie, życie okazało się łaskawsze: przede wszystkim szum morza, który słyszę także, gdy to piszę. Dalej upał dający się wytrzymać pod warunkiem, że otwarte są drzwi na ogród i wejściowe oraz oczywiście wszystkie okna. Jak jedzie pociąg (tuż za murem ogrodu), to jest nawet całkiem miły przeciąg, a i tak nic robić nie można, bo nic nie słychać w tym huku. Moskity: tną, więc chodzę po domu w T-shircie i sarongu, którego jeszcze prawidłowo nie zawiązuję, ale nawet źle zawiązany w pasie kryje nogi prawie ze stopami, więc jestem mniej pożarty przez te diabły. W nocy śpię pod moskitierą: po pierwszej obudziłem się w towarzystwie chyba z sześciu tych małych czarnych, które dawały się rozgnieść dłonią, tak były opite moją krwią. Rękę miałem jak wampir. Dziś rano, po drugiej nocy były tylko trzy i to nieopite. Jak będzie za kilka godzin?

Na śniadanie kawa i owoce: mango albo awokado, z limonkami jako sałatka. Ciągle nie mam kuchenki, bo trzeba kupić także butlę gazową do niej, lodówka jest, kupiłem trzy talerze, cztery szklanki, trzy kubki i garnek. Obiad albo przyniesiony z Wok - to sieciowa restauracja z daniami lankańskimi, albo jak dziś z Pawłem, Chanu i Jurkiem w Lions Pub, gdzie za piwo i drugie danie wypadło po 6 dolarów na głowę (650 rupii). Potem poszliśmy na plażę, gdzie trafiło się wyciąganie sieci z morza - tłum wielki, rybek mało, zamieszanie wspaniałe. Że też nie wziąłem aparatu!

Jutro Kandy-Sigirija, dwudniowa wycieczka i to pewnie wszystko na dziesięć dni, bo w czwartek przylatują turyści na odpoczynek przez round tour, więc na wycieczki nie pojadą, a potem kolejny round tour, czyli siedem dni po wyspie. Do tego czasu będę zajmował się domem, ogrodem (dziś ułożyłem pierwszą ścieżkę z cegieł, które są na stosie), gdzie trzeba zaprowadzić porządek po paleniu konarów ściętego drzewa, może jakieś tłumaczenie, blog oczywiście - jakoś będzie na pewno.

A! W firmie w czwartek, gdy już ostatecznie wyprowadziłem się z hotelu, wywiozłem z niego wszystko, powiedzieli mi że mogę jeszcze tam mieszkać przez trzy tygodnie. Odmówiłem, ale to dużo mówi o stosunku do pracownika tutaj. Zresztą - na całym świecie bywa podobnie, problem w tym, że tutaj chyba częściej niż gdzie indziej.




do góry