Czwartek, 10 maja 2007

Pisałem za rzadko, ale jednak...



Autobusów czar

DziÅ› jestem w lepszym nastroju, bo na lotnisku odbieraÅ‚em grupÄ™ szeÅ›ciu Polaków, z których czwórka okazaÅ‚a siÄ™ Litwinami, a pozostaÅ‚a dwójka, której Quatar Airways zgubiÅ‚y bagaże, to dziennikarze z Warszawy. ChÅ‚opak byÅ‚ moim studentem na UW, a od czerwca zacznie pracÄ™ w "Rzeczpospolitej".

W sobotę jadę z Litwinami na dwa dni do Kandy i Sigiryi, na wycieczkę, więc znowu coś się dzieje, ale najlepsze, że bedę tłumaczył już nie z lankańskiej wersji angielskiego na polski, ale z tego "sringlish" na rosyjski. Na razie, po drodze, jakoś sobie radziłem, podpierając się polskim, gdy już całkiem mi brakowało rosyjskiego konceptu. Jakoś to będzie, najważniejsze że interes się kręci.

Od znajomych z Mount Lavinia wracaÅ‚em autobusem i tym razem nie ryczaÅ‚ tak potwornie, jak zazwyczaj. Tu na drogach nie dość, że jeżdżą po przeciwnej, bo lewej stronie, to jeszcze w taki sposób, jakby klakson byÅ‚ najważniejszym narzÄ™dziem kierowcy. Wysokie, przenikliwe tony  autobusowych klaksonów sÅ‚ychać wÅ‚aÅ›ciwie bez przerwy, ich kierowcy ryczÄ… nimi na siebie nawzajem, na tuk-tuki, na motocyklistów i na pieszych. Do tego ich dieslowe silniki potwornie wyjÄ… na wysokich obrotach, a jakby tego byÅ‚o maÅ‚o, kolejny dudniÄ…cy Å‚omot zapewniajÄ… potężne gÅ‚oÅ›niki, uÅ‚ożone na póÅ‚kach bagażowych z przodu i z tyÅ‚u pojazdu po to, by umilić podróż.

Gdy po takiej jeździe wysiadam z autobusu, mam ochotÄ™ natychmiast kogoÅ› pogryźć, albo coÅ› podpalić. Oni jednak uÅ›miechajÄ… siÄ™ do biaÅ‚ego tak sÅ‚odko i bez powodu, że zaraz mi przechodzi, ale tylko do chwili, gdy kierowcy trzykoÅ‚owych taksówek, tuk-tuków, nie zacznÄ… zachÄ™cać mnie klaksonami do skorzystania z ich usÅ‚ug, Znów siÄ™ wÅ›ciekam, idÄ™ zdecydowanym krokiem i nie reagujÄ™ na te sygnaÅ‚y, pytania i uÅ›miechy, bo odpowiadanie za każdym razem "No, thanks" uważane jest za poczÄ…tek konwersacji.

Bywa, że jazda autobusem staje sie przeżyciem odchudzajaco-erotycznym. ZdarzyÅ‚a mi siÄ™ taka przez kilka kilometrów, miÄ™dzy KalutarÄ… a BeruwelÄ…, ale w takim tÅ‚oku, że na przestrzeni od przednich drzwi, których zresztÄ… nie byÅ‚o, po pierwszÄ… Å‚awkÄ™ upchniÄ™tych tkwiÅ‚o czternaÅ›cie osób, w tym ja, i jeszcze konduktor, który jakims cudem zbieraÅ‚ opÅ‚aty za przejazd. SiÄ™gaÅ‚em gÅ‚owÄ… sufitu (LankaÅ„czycy sÄ… niscy; ze swoimi 1,76 cm górujÄ™ nad wiÄ™kszosciÄ… populacji), zaklinowany tuż za wejÅ›ciem; przewalaÅ‚y siÄ™ przez mnie mnie mÅ‚ode pasażerki w sari (jak ono siÄ™ nie rozwiÄ…zuje w takim Å›cisku?) i panowie w koszulach Å›wieżo wyprasowanych, ale także sprzedawcy mÄ…ki i innych artykuÅ‚ów, które skÅ‚adowali obok kierowcy, na wielkiej skrzyni kryjÄ…cej silnik.

Ten ich uÅ›miech jest jednak najbardziej ujmujÄ…cy i jakże inny od polskiej, a może i szerzej - wschodnioeuropejskiej - pretensji do Å›wiata i agresywnoÅ›ci, które rzadko schodzÄ… z twarzy w tej części Å›wiata. Gdy zajechaliÅ›my do hotelu w Beruwala, piÄ™knej, nadmorskiej miejscowoÅ›ci na poÅ‚udnie od Kolombo, w recepcji siedziaÅ‚a blondyna i patrzyÅ‚a takim wilkiem wokóÅ‚, że wiedziaÅ‚em od razu - to musi być ktoÅ› z naszej okolicy. I miaÅ‚em racjÄ™ - to byÅ‚a towarzyszka postradziecka.

Co jest w nas takiego, że patrzymy na siebie jakbyÅ›my wszyscy byli Kaczorami? Z tÄ… swojÄ… podejrzliwoÅ›ciÄ… i obsesjÄ… na punkcie odkrywania tego, co w czÅ‚owieku najgorsze, oni nie wziÄ™li siÄ™ z niczego. Polscy bracia Rajapaksa idealnie wpasowali siÄ™ w te miliony bezinteresownie wÅ›ciekÅ‚ych spojrzeÅ„. Jak nie wiecie, kto gÅ‚osowaÅ‚ na PiS, to rozejrzyjcie siÄ™ wokóÅ‚. Ile razy wracam z dÅ‚uższego pobytu zagranicÄ…, mam ochotÄ™ pytać ludzi na ulicy: Kto wam zrobiÅ‚ tÄ™ krzywdÄ™?, bo patrzÄ… tak, jakby chcieli sto wsi spalić.

Dlatego mimo wszystko wolÄ™ uÅ›miech Sri Lanki. 




do góry