Lekcja Balcerowicza

To, co słyszę od przyjaciół na wyspie



Dlaczego jedne narody się bogacą a inne nie?

Instytucje, głupcze

Dostałem maila od Kevina, znajomego ze Sri Lanki. Był księgowym w firmie prowadzonej przez Australijczyka, ale zimą dostał wymówienie, bo koszty energii rosły tak szybko, że biznes przestał się opłacać (urządzali wnętrza). Przez kilka miesięcy był bez pracy, teraz ją dostał, zarabia 200 dolarów miesięcznie, co na warunki miejscowe jest nieźle, choć poprzednio miał o 100 dolarów miesięcznie więcej.

Pisze też, że inflacja sięga już 30 procent rocznie i jest to smutny rekord. Ceny żywności rosną bardzo szybko. W wielu domach powraca się do palenia drewnem, bo gaz w butlach, używany do gotowania posiłków, także bardzo zdrożał. Na szczęście turyści nadal przyjeżdżają– pisze Kevin – w Ahungalla, w jednym z najpiękniejszych hoteli Heritance widziałem wielu Polaków i Rosjan.

W artykule profesora Leszka Balcerowicza "Instytucje głupcze" (Gazeta Wyborcza 26-27 kwietnia 2008) znalazłem nieco odpowiedzi na pytania, które zadawałem sobie przy okazji wizyt na Sigiriji: jak to sie dzieje, że naród mający taką kulturę materialną kiedy my polowaliśmy na tury, dziś przegrywa w wyścigu po dobrobyt.

Oto, co pisze profesor Balcerowicz:

"Wiemy, że bogactwa naturalne nie decydują o poziomie życia ludzi. Nie musimy się więc specjalnie martwić, że Polska nie ma wielkich złóż ropy, złota czy diamentów. Badania ekonomistów dowodzą, że posiadanie wielu bogactw naturalnych niesie ze sobą poważne zagrożenie - brak presji na reformy. Politycy mogą łatwo przekupywać ludzi, bo czerpią dochody z bogactw naturalnych. Szybki wzrost płac w sektorze wydobywczym winduje płace w innych sektorach powyżej tempa wzrostu wydajności pracy i w ten sposób podcina konkurencyjność gospodarki - kiedyś nazywano to chorobą holenderską.

A więc nie bogactwa naturalne są najważniejszą przyczyną bogactwa narodów. Co zatem? To, czy ludzie wytwarzają lepsze, czy gorsze warunki życia, zależy od tego, jak działają. A ich działania zależą z kolei od warunków instytucjonalnych, którym podlegają. Chodzi o to, aby jak najwięcej było działań produktywnych (prorozwojowych), a jak najmniej działań nieproduktywnych, a zwłaszcza destruktywnych.

Działania produktywne to z całą pewnością praca, a nieproduktywne to rabunek, wojny albo prosta bezczynność. Działania produktywne to dobre badania, wynalazki i ich wprowadzanie w życie, czyli innowacje. Nieproduktywne - czy mało produktywne - to ciągła działalność rutynowa. To dlatego Zachód 200 lat temu oderwał się od wówczas jeszcze niemal równie bogatych Chin i Indii.

Działania produktywne to oszczędzanie, bo oszczędności służą finansowaniu inwestycji. Działanie przyjemne, ale mniej produktywne, to konsumpcja - choć oczywiście inwestycje zwiększają przyszłą konsumpcję. Działania produktywne to dobra edukacja. Jej przeciwieństwem nie jest brak edukacji, lecz zła edukacja. Tak więc ekonomia polityczna socjalizmu była gorsza niż brak wiedzy o gospodarce, a teorie biologiczne Łysenki były gorsze od ignorancji w sprawach przyrody.

Natężenie działań produktywnych decyduje o tempie rozwoju społeczeństwa, a w konsekwencji - o poziomie życia. W 1950 r. Korea Północna i Południowa miały ten sam poziom dochodu na głowę mieszkańca. To było pod względem historycznym i kulturowym to samo społeczeństwo. Jednak w Korei Północnej wprowadzono w życie skrajną wersję systemu antyrynkowego i totalitarnego, podczas gdy w Korei Południowej wprowadzono w życie sprawny kapitalizm. Jakie są rezultaty po 53 latach? W 2003 r. poziom dochodu na głowę w Korei Północnej wynosił 7 proc. poziomu w Korei Południowej. Taka jest cena złego ustroju.

Gdy ma się zły ustrój, to nie ma ważniejszego zadania niż zreformowanie go. Polska i Hiszpania w 1950 r. miały zbliżony poziom dochodu na głowę mieszkańca. W 1990 r. przeciętny Polak miał 42 proc. dochodu na głowę przeciętnego Hiszpana - o tyle bardziej sprzyjał rozwojowi niezbyt doskonały hiszpański kapitalizm w porównaniu z nieuchronnie antyrozwojowym, bo antyrynkowym, socjalizmem.




do góry